Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział X część V


Dwanaście Wrót



Rozdział X część V

Ciemność. To było pierwsze, co zobaczył Anathlon po otwarciu oczu. Chłód i pieczenie pleców, nogi i ramienia były pierwszym, co poczuł elf. Anathlon spróbował usiąść, pomimo cierpienia jakie przeżywał. Zamrugał niespokojnie i okręcił się wokół własnej osi. Starał się dojrzeć cokolwiek, lecz nie potrafił nawet określić, gdzie jest dół a gdzie góra, gdyż pulsujący ból głowy dał mu silnie o sobie znać. Elf opadł bezwładnie na ziemię i westchnął jakby to miało mu pomóc. Po chwili jeszcze raz spróbował się podnieść, lecz lewa ręka odmówiła mu posłuszeństwa i załamała się pod ciężarem ciała. Dopiero wtedy poczuł, że z jego ramienia ścieka krew. Zaklął cicho pod nosem i przewrócił się na drugi bok. Na szczęście druga ręka była zdrowa i udało mu się usiąść.
Powoli zaczął przyzwyczajać się do otaczającej go ciemności. Zdołał zobaczyć zarysy jakichś przedmiotów leżących bez ładu na ziemi i postacie stojące w oddali.
Jak się tu znalazłem? Zastanowił się elf. Ach, no tak. Zaatakowano nas. Tylko gdzie ja teraz jestem? Anathlon obrócił się niespokojnie. I gdzie jest Santor?
Elf powoli, zważając na zranioną rękę i nogę, obejrzał się wokół, lecz nie spostrzegł towarzysza. Dopiero teraz, gdy siedział sam w tych ciemnościach, zrozumiał jak bardzo uzależnił się od towarzystwa tego tajemniczego i gderliwego podróżnika.
- Halo! Jest tu kto? – zawołał, a jego głos odbił się echem od ścian.
Coś zbliżyło się do elfa głośno przy tym szurając. Oślizgła ręka uderzyła Anathlona w plecy.
- Zamknij gębę, gnido.
Elf obruszył się i podniósł głowę, by dojrzeć twarz owego gbura. Jednak w ciemności dojrzał jedynie ciemny zarys umięśnionej postaci o dużych uszach i długich palcach u rąk. Najpewniej musiał być to jeden z goblinów.
- Gdzie jest mój przyjaciel? – zapytał, lecz dopiero po fakcie zrozumiał, że postąpił głupio, gdy dostał kopniaka w żebra.
Elf zgiął się w pół z głośnym jękiem. Goblin zacharczał jakby krztusił się, co Anathlon odczytał jako śmiech.
Z głębi jaskini dobył się jakiś warkot pomieszany z gulgotem. Goblin, który stał nad elfem, znieruchomiał i począł nasłuchiwać. Po chwili sam również cicho warknął, poczym ruszył w głąb tunelu. Anathlon z niemałym wysiłkiem uniósł się nieco nad ziemię. Teraz dodatkowo bolały go jeszcze żebra. Dlaczego Santor nie ostrzegł go, że w tej niegościnnej krainie mieszkają ohydne stwory, znane jako gobliny, czyhające na samotnych podróżnych? Przez ciało elfa przebiegł dreszcz przerażenia. Zdrową ręką sięgnął do kieszeni. Klejnotu jednak nie było, więc nie mógł nawet trochę złagodzić mąk, jakie teraz musiał przeżywać. Jęknął i wypuścił powietrze z płuc, jakby to miało mu pomóc.
List! Bransoleta!
Elf jęknął, lecz tym razem nie z bólu. Począł się gwałtownie szamotać i przeszukiwać wszelkie miejsca w swoim ubraniu, lecz niczego nie znalazł. Obydwa skarby zniknęły tak samo jak kryształ. Anathlon zaklął i spróbował wstać z ziemi. Gdy oparł rękę o podłoże, poczuł coś wilgotnego.
Dziwne – mruknął. – Woda?
Powoli i z trudem zdołał się podnieść. W głowie mu zawirowało i nagle poczuł, że mu słabo. Prawie po omacku odnalazł ścianę, o którą następnie oparł się wykończony i wyssany z sił.
Zdecydował, że pójdzie w głąb tunelu. Trzymając lewe ramię z daleka od skały, a prawym się opierając o ścianę, ruszył naprzód z każdym krokiem czując przeszywający ból w prawie każdej części ciała.
Powietrze było ciężkie i wilgotne.
Wkrótce dojrzał światło w tunelu. Było jaskrawo pomarańczowe i raz słabło a potem się nasilało. Elf wziął głęboki oddech i westchnął, poczym ruszył dalej.
Po niedługiej chwili doszedł do dobrze oświetlonego korytarza. Na skalnych ścianach wisiały pochodnie, które dawały przyjemny, ciepły blask. Tuż obok stóp elfa błąkał się wąski strumień, którego szmer ledwie było słychać. Na chłodnej skale leżało trochę ziemi zmieszanej z piaskiem, a pokrywały ją szare grzyby.
Z oddali dobiegł go odgłosy gulgotania i szurania. Anathlon nie czekając dłużej wskoczył do przeciwległego nieoświetlonego korytarza.
Po chwili głosy stały się donośniejsze, a potem przez korytarz przeszedł zastęp goblinów. Było ich pięciu. Wszyscy jednakowo brzydcy o sprytnych spojrzeniach i chudych cielskach opatrzonych żelaznymi kolczugami i napierśnikami.
Gdy minęli kryjówkę Anathlona, elf po cichu wysunął się z korytarza. Przez chwilę patrzył za oddalającym się oddziałem, a potem umknął do innego odgałęzienia.
W końcu ujrzał czarne smugi przemierzające ściany jaskini. To były cienie. Ogromne, nieco spłaszczone o wielkich uszach. Anathlon w porę wycofał się i skulił tuż przy ścianie za zakrętem. Z tego miejsca słyszał doskonale to, co działo się zaledwie dwa lub trzy metry dalej.
Słyszał szuranie. Takie samo szuranie jak te, które słychać było podczas poruszania się tych kreatur. Niestety wyczuwał również ich zapach. Był okropny i czuć ich było stęchlizną i wymiocinami. Z obrzydzeniem elf odwrócił głowę, jakby chcąc odciąć się od tego smrodu. Potem jednak ponownie począł nasłuchiwanie.
Drugi z cieni wydłużył się, jakby jego właściciel wstał z ziemi. Lekko pochylony z garbem po lewej stronie zniknął z pola widzenia Anathlona.
Potem rozległ się wrzask. Długi, przeciągający się jakby w nieskończoność oraz charczące śmiechy obu goblinów.
To na pewno Santor!
Elf wziął głęboki oddech i przyczaił się przy ścianie. Powoli i z ogromną uwagą począł skradać się do następnej części tunelu.
Po krótkiej przerwie ciszę przerwał kolejny krzyk zakończony jękiem.
Anathlon złapał się czubkami palców krawędzi ściany i zbliżył powoli. Następnie z rozwagą wychylił głowę zza węgła.
W niewielkiej wnęce w grocie znajdowała się jeszcze jedna, nieco mniejsza i niższa tak, że osoba nie mogła w niej stanąć. Musiała ciągle leżeć lub siedzieć nie mając nawet miejsca odosobnienia.
Elf sam cicho jęknął, gdy zobaczył, kto jest więźniem.
A więźniem tym był oczywiście Santor.
Driadon leżał zgięty na mokrej ziemi w celi i sapał próbując złapać oddech. Nie miał na sobie płaszcza. Jego białe włosy były teraz brudne i nie przypominały dawnego koloru. Nad nim stał jeden z goblinów i ciągał mieczem po prętach klatki wydając przy tym odrażające dźwięki. Garbaty stał kilka kroków dalej. Wyglądał na starszego od strażnika i przy tym wyglądał jakby był nieobecny.
Anathlona jednak nie obchodził jakiś tam goblin. Bez względu na to czy stary, młody czy garbaty. To wszystko przez to, że zamknięto jego przewodnika i przerwano mu wyprawę.
Choć sam dobrze wiedział, że to była tylko wymówka, by się zemścić.
Dziwne było to uczucie i nigdy wcześniej go nie zaznał. Było zarazem okropne i przyjemne. Pociągała go myśl, że jednym słowem mógł powalić wszystkich w grocie na kolana, a zarazem odstręczała go ta możliwość.
Był przez to niespokojny. Po raz pierwszy musiał przeżyć taką debatę we własnym umyśle. Przez głowę przechodziły mu najrozmaitsze argumenty. Im bardziej jednak się zastanawiał, tym bardziej pragnął coś zrobić.
Parsknął.
Młodszy goblin usłyszał ten dziwny dźwięk. Odwrócił się od klatki i znieruchomiał.
Elf rzucił się pędem w przeciwnym kierunku. Nie patrzył, gdzie biegnie. To i tak nie miało znaczenia, bo przecież nie znał żadnego z tych korytarzy czy w głębień. W oddali widział migoczące światła innych pochodni. Jedyne co teraz mogłoby mu pomóc, to odnalezienie kryształu.
Gdzie jednak miał go szukać?
Elf zatrzymał się na chwilę. Zrobił kilka wdechów i rozejrzał się po miejscu, w którym się znalazł. Przypominało obskurne atrium, którego sufit położony był nisko i był podpierany przez pojedyncze proste kolumny. Sala nie zachwycała kunsztem. To wszystko wyglądało raczej na dzieło przypadku.
Elf obrócił się wokół własnej osi. Wszędzie były wejścia do różnych tuneli. Podszedł do kilku z nich i zajrzał do środka. Próbował nasłuchiwać odgłosów lub szukać jakiś innych wskazówek, które wskazałaby mu położenie skarbca. Jeśli te kreatury cokolwiek takiego miały.
Jak to się dzieje, że w powieściach bohaterowie zawsze odnajdują drogę i wiedzą wszystko o wszystkim? Zastanawiał się elf.
W końcu zdecydował się zbadać trzy tunele. Zajęło mu to sporo czasu. Chyba kilka godzin. Martwił się o stan Santora, w jakim go zastanie, gdy powróci.
Po tych kilku godzinach zdołał stwierdzić tylko tyle, że pierwszy korytarz kończy się po około dwóch kilometrach ścianą. Natomiast gdy wszedł do drugiego, to po godzinie wyszedł tunelem z drugiej strony atrium.
W końcu pozostał mu tylko jeden tunel.
Pierwsze kilka metrów przeszedł spokojnie, gdyż korytarz oświetlany był przez rzędy pochodni. Pachniało tu stęchlizną. Z resztą jak w większości tych tuneli.
Naprawdę mam dosyć ziemi i tuneli. Nigdy więcej!
Po półgodzinnym marszu odkrył do czego prowadził tunel. Jednak na pewno nie był to żaden skarbiec. Przy ścianie stał ociosany głaz, na który ktoś rzucił jakąś szmatę i położył miskę. Elf wszedł głębiej.
Pomieszczenie było niższe o jakieś cztery metry od atrium. Elf musiał się nisko pochylić, by nie obić sobie głowy.
Najwyraźniej trafił do jakiejś strażnicy, ponieważ pod ścianą przy wejściu oparto kilka mieczy z zagiętymi ostrzami, a obok leżał stos poskręcanych lin. Minął bronie. Jemu na nic by się nie zdały, w końcu nie potrafił walczyć mieczem. Ledwo zdołał nauczyć się posługiwać magią.
To czego szukał odnalazł w dobrze zamkniętej małej wnęce zakrytej dużym kamieniem, który elf z niemałym wysiłkiem musiał odsunąć. W środku znalazł wszystkie ich rzeczy: miecz driadona, list, sakwy, pasy, głębiej leżał jego kryształ.
Niegdzie jednak nie było bransolety ani księgi zaklęć.
- Nie.. Nie, to nie może być tak!
Jeszcze raz wsunął rękę do szczeliny, ale zdołał wyciągnąć jedynie garść ziemi i piasku. Okruchy przesypały mu się między palcami.
- Gdzie ona może być?
Wstał z ziemi i zaczął macać ściany w nadziei, że znajdzie jakąś tajną skrytkę bądź choć ślad po bransolecie i księdze. Nigdzie jednak niczego nie było.
Podniósł z ziemi torbę i spakował do niej wszystko to, co znalazł w skrytce. Potem podniósł z ziemi miecz. Białe ostrze lśniło w świetle pochodni. Srebrna rękojeść była gładka i zimna. W miejscu gdzie łączyła się z ostrzem wystawały dwie proste płytki, których ostre zakończenia skierowane były do tego, co trzymał miecz. Dopiero wtedy dojrzał wyryty na nim napis:
Sarci la prihja kaih.

Nie wiedział, co oznaczał. Jedyny obcy język jaki znał to język ludzi. Jednak w tych słowach brzmiała siła. Gdy trzymał miecz w ręku, słyszał jakieś odległe słowa obcej pieśni śpiewanej kobiecym głosem. Ostrze zalśniło.
Anathlon nie znał się na sztuce wykuwania mieczy, ale nie potrafił nie przyznać, że ten miecz należał do piękniejszych.
- Muszę cię uwolnić, Santorze.
Zarzucił torbę na ramię i wyszedł z opuszczonym mieczem ze strażnicy.
W atrium było pusto. Niczym jak cień przesunął się wzdłuż ściany i zniknął w jednym z korytarzy. W tunelu poruszyły się płomienie. Pojawił się również odległy szum.
- Woda – powiedział sam do siebie. – Czyli idę dobrze.
Czuł, że mokną mu stopy. Zatrzymał się na skrzyżowaniu tuneli i wyjął z torby kryształ. Zanim dotrze do więzienia najpewniej będzie musiał stawić czoła kilku goblinom. Musiał ocenić swoje szanse.
Kryształ był prawie pusty. Kilka prostych zaklęć całkowicie opróżniłoby klejnot. Elf schował go z powrotem do torby. Będzie musiał obejść się bez magii jak najdłużej. Może przydać się później.
Ścisnął mocniej dłoń na rękojeści miecza i wszedł do prawego korytarza.
Gdy mijał ten tunel, spotkał jednego z tych szkaradnych stworów. Był to chyba wartownik. Szedł wzdłuż tunelu. Był na samym jego końcu, gdy elf pojawił się w korytarzu. Kiedy zobaczył Anathlona, rzucił się na niego z przerażającym okrzykiem. Elf całą siłą woli i mięśni spróbował podnieść miecz, którego klinga błysnęła w ciemnościach. Jego ręce nie były przyzwyczajone do takiego ciężaru, więc zdołał tylko raz machnąć ostrzem. Na szczęście to wystarczyło. Z miecza skapnęło kilka czarnych kropli, a goblin padł na ziemię z rozharataną twarzą.
Z obrzydzeniem otarł klingę o brzeg swoich spodni. Przerzucił miecz do prawej ręki i rzucił się biegiem w stronę wylotu tego korytarza. Kilka metrów dalej napotkał kolejną grupę goblinów, z którą również rozprawił się, lecz po tym starciu był już tak wykończony, że gdy przy wejściu do więzienia napotkał kolejnego goblina, musiał już użyć magii.
- Quiet!
Czarna strzała wyślizgnęła się z kryształu i utkwiła między oczami kreatury, która zrobiła zeza i padła na ziemię.
- Tak jest o wiele prościej – skomentował Anathlon, kiedy mijał powalonego goblina.
Gdy z powrotem znalazł się w celi, gdzie więzili Santora, był już tam tylko jeden ze strażników. Anathlon westchnął z ulgą i po cichu wsunął się do wnętrza.
Goblin zachrapał ze świstem. Elf na chwilę zatrzymał się w obawie, że jakiś nieoczekiwany dźwięk mógłby zbudzić tę śpiącą kreaturę. Po chwili jednak stworzenie ponownie zachrapało i utworzyło usta, w których znajdował się rząd ostrych zębów. Ponownie chrapnięcie.
Anathlon wypuścił powietrze z płuc z ulgą. Powoli minął strażnika i zapuścił się w głąb więzienia. Większość cel była pusta. W niektórych spały jakieś zwierzęta. Elf zauważył kilka fenków i węży śpiących we wnękach. Najwyraźniej gobliny traktowały to miejsce także jako spiżarnie, lub coś jeszcze gorszego. Jeden z większych gadów podniósł trójkątną głowę na widok elfa i zasyczał cicho pokazując rozwidlony język.
Elf przyspieszył kroku i minął pierwszą część groty. W drugiej nie było już zwierząt. Za to pod ścianą walały się kawałki metalu, drewna i popękanej ceramiki. Dopiero przy końcu tunelu elf zauważył kolejną grotę więzienną.
- Najwyraźniej trafiłem tu od drugiej strony.
Była to najmniejsza grota ze wszystkich, które mijał elf. W jednej z czterech cel leżał driadon, ale nikogo ze strażników tu nie było. Anathlon doszedł do wniosku, że pewnie reszta szuka jego po tunelach. Jeszcze przez chwilę badał pomieszczenie, by uniknąć zasadzki i wszedł do środka groty.
Błędny Podróżnik otworzył oczy i utkwił spojrzenie w elfie, który skradał się w jego stronę.
- Co za miła niespodzianka – mruknął Santor podnosząc się do pozycji siedzącej. – Nie spodziewałem się ciebie. Gdybym wiedział ogarnąłbym się nieco.
- Przestań żartować – szepnął Anathlon. – Wybacz, że musiałeś czekać, ale nie mogłem nic poradzić bez kryształu.
- Dobra, nieważne. Uwolnij mnie, zanim te oślizgłe stwory tu wrócą. Ich odoru po prostu już nie mogę wytrzymać.
Anathlon kiwnął głową.
- A wiesz może jak to otworzyć?
- Nie wiem nawet jak tu się znalazłem. Musiałem być nieprzytomny, gdy mnie wsadzili do tej borsuczej jamy. – Zadrwił driadon. – Może użyłbyś tej swojej magii?
- Może twój miecz przebije te kraty?
Driadon spoważniał.
- Wybacz, ale nie ufam twoim zdolnościom szermierskim. Ile razy miałeś miecz w rękach?
- Dopiero dziś od kilku godzin. – Przyznał elf.
- Wolę, więc byś jednak spróbował magii.
Anathlon wyjął kryształ i przyłożył go do jednego z prętów. Odłożył miecz na ziemię.
- Zaklęcie zadziała na krótko.
- Dobrze już, dobrze.
- Ni etacel!
Kryształ zalśnił i pomarańczowe światło spłynęło z klejnotu na jeden z prętów, który po chwili zalśnił i zafalował. Światło jednak nie zatrzymało się, lecz spłynęło na resztę prętów. Po kilku sekundach cała krata stała się delikatnie przezroczysta tak, że można było zobaczyć to, co było za nią. Elf spojrzał na driadona.
- No szybciej!
Santor najpierw się zawahał, lecz potem wysunął się z jamy i przeczołgał się przez falującą kratę. Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, kraty celi przestały falować.
- Teraz to ja jestem ci winny podziękowania.
Anathlon odsunął się od celi, by złapać oddech. Nie zdołał nic powiedzieć, więc tylko kiwnął głową. Driadon wstał i strzepnął z ubrania ziemię. Gdy się wyprostował, wyglądał tak jak przed atakiem goblinów. Był opanowany i dumny.
- Słyszę odgłosy przynajmniej kilku długich stóp. Musimy opuścić to miejsce.
Anathlon ponownie skinął głową. Driadon westchnął i pomógł towarzyszowi wstać, poczym sam chwycił swój miecz.
- Co jest z tobą?
Elf nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Był rozdygotany i nie mógł skupić myśli, a co dopiero zmusić nogi do chodzenia.
- Chyba za długo czekaliśmy. Kryształ musiał pobrać trochę mocy ze mnie.
Santor złapał elfa pod ramię i podciągnął do góry.
- No nie. Ty i twoje bohaterstwo. To naprawdę nużące. – Przewiesił jedną rękę elfa na swoje ramię. – Tylko kawałek i odpoczniesz.
Driadon wyciągnął towarzysza z więzienia, w którym jeszcze sam do niedawna przebywał i poprowadził go kilkadziesiąt metrów dalej i skręcił w mroczny zaułek.
- Zatrzymamy się tutaj, na razie.
Driadon położył elfa na ziemi. Anathlon przysunął się do ściany i oparł się o nią. Był zmęczony. Czuł się tak, jakby nie spał od jednego dnia. I to wszystko przez część zaklęcia? Pomyślał, zaintrygowany myślą o tym, co może dziać się teraz w Norven Veld. Jak radzą sobie jego pobratymcy?
Santor wychylił się zza zakrętu i spojrzał w obie strony tunelu. Cisza. Wokół było pusto.
- Jak myślisz, co się stało z Narmonem? – zapytał elf.
Driadon cofnął się do wnętrza groty.
- Sądzę, że uciekł, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Elf pokiwał głową.
- Co teraz?
Santor spuścił głowę, jakby coś analizował w myślach.
- Musimy wydostać się stąd.
Anathlon jęknął.
- Nie odnalazłem księgi i bransolety.
Driadon zmrużył brwi.
- Jakiej bransolety?
Elf opowiedział towarzyszowi o swojej rozmowie z Naranii i mniej więcej o tym, co się wydarzyło przed jego wyjazdem. Santor pokiwał głową.
- Szkoda takiego skarbu – stwierdził driadon. – I mówisz, że każdy władca dorabiał do tej bransolety jedno ogniwo wypisując na nim swoje imię i datę panowania?
Anathlon pokiwał głową. Santor zamyślił się.
- Inspirujące.
Odgłosy i szuranie stóp przerwało im rozmowę.
- Jednak teraz uważam, że powinniśmy uciec. Może zdołasz przekonać króla elfów z Doliny, że przybywasz na polecenie swojej władczyni.
Anathlon z wielkim wysiłkiem wstał z ziemi. Santor spojrzał pobłażliwie na elfa.
- Gdy uciekaliśmy, widziałem kilka otworów w suficie. Nie były długie, więc najpewniej nie jesteśmy głęboko pod górą. Idąc na południe powinniśmy się stąd wydostać.
Wyszli z zaułka i skręcili w prawo. Przez godzinę podążali wciąż tą samą raz obraną drogą. Jednak gdy głosy goblinów stawały się głośniejsze, skręcali albo w lewo albo w prawo, mając nadzieję zgubić prześladowców. Zawsze jednak potem wracali na wcześniejszą trasę. Po kolejnej godzinie minęli atrium, w którym wcześniej był Anathlon. Tam na chwilę zatrzymali się, gdyż Santor chciało coś sprawdzić. Driadon przeszedł się wzdłuż kilku wylotów, poczym wrócił do elfa, który stał opary o ścianę.
- Żaden z tamtych nie prowadzi na zewnątrz. Sądzę jednak, że możemy pójść tym po lewej.
Ruszyli więc dalej. Korytarz ciągnął się najpierw dół, ale po półgodzinnym marszu niespodziewanie zaczął piąć się w górę.
- Jesteśmy chyba coraz bliżej. – Stwierdził Santor wskazując na kolejny otwór, który był ponad ich głowami.
Po kolejnych piętnastu minutach korytarz stał się jaśniejszy, choć wciąż oświetlany był przez taką samą ilość pochodni. Anathlon spojrzał na Santora.
- Czujesz to co ja?
Driadon kiwnął głową.
- Tak, nie czuć już stęchlizny.
- Jestem zmęczony. Zatrzymajmy się chociaż na chwilę.
- Dobrze. Na dziesięć minut.
Usiedli i w świetle pochodni napili się wody. Gdy minął czas, wstali i ruszyli dalej, choć elf wciąż czuł się tak samo wyczerpany. Wiedział jednak, że dopóki nie opuszczą góry, wciąż są w niebezpieczeństwie.
Po godzinie marszu zniknęły ze ścian pochodnie, lecz korytarz pozostał jasny.
- Co jest? – zdziwił się elf.
- Widzę wyjście!
Kilka metrów przed nimi jaśniała żółta plama. Gdy zbliżyli się, zrozumieli, że było to wykopane wyjście. Wylot był tak wąski, że mogłaby się przez niego przedostać tylko osoba o szczupłych kształtach. Elf wyprzedził Santora i zaczął przeciskać się. Gdy wydostał się z tunelu, oślepiło go słońce. Gorący piasek poparzył mu ręce, ale elf z uśmiechem przyjął ten ból. Tuż za nim wyłonił się z korytarza Santor.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś oddał mi mój płaszcz, Anathlonie.
Elf otworzył sakwę i wyciągnął zmięty płaszcz półdemona. Santor skrzywił się nieznacznie, lecz przyjął go z rąk elfa i nałożył na siebie.
- Czeka nas długa droga – mruknął niezadowolony.
Anathlon uśmiechnął się sam na siebie.
- Droga zawsze jest taka sama, zmienia się tylko cel.
Driadon parsknął z niesmakiem.
- Że też akurat teraz wzięło cię na filozofię. Inaczej będziesz gadał, gdy zabraknie nam wody.
Elf przełknął ślinę.
- Ile przed nami drogi?
- Dwa do czterech dni. Zależy.
Anathlon nie miał odwagi zapytać od czego to zależy.
- Więc najlepiej ruszajmy od razu.
Byli zmęczeni, lecz wyruszyli żwawo. Przez pierwszych kilka godzin udało się im stłumić ból kończyn, lecz po kolejnej godzinie padali już ze zmęczenia. Przez ten czas przeszli jakieś dziesięć kilometrów, lecz z każdą chwilą nawet przejście metra sprawiało im kłopot. Postanowili więc, iż odpoczną i następnego dnia ruszą dalej.
Noc minęła im spokojnie. Co cztery godziny zmieniali wartę. Jednak gobliny nie pokazały się ani razu. Chłodna noc i sen przyniosły im ulgę, a rankiem po zjedzonym śniadaniu ruszyli dalej.
- Zastanawiałeś się, czemu nas nie gonią? – zapytał nagle Anathlon, gdy szli przez piaskowe wydmy w gorącym słońcu.
Driadon przyłożył dłoń do czoła i przyglądał się linii horyzontu. Dopiero po chwili odpowiedział na pytanie elfa.
- Najpewniej dlatego, że było to dla nich nieopłacalne. Gonić dwójkę obszarpańców przez pustynię w pełnym słońcu, choć i tak ogołocili ich z połowy cennych przedmiotów? Poza tym nie są aż tak inteligentne. – Podniósł rękę i wskazał ledwie widoczne szare wzniesienia. – Będziemy iść w tym kierunku.
- Co tam jest?
Driadon zeskoczył z wydmy, a nogi zapadły mu się w piasku. Płaszcz powiewał delikatnie, gdy zawiał łagodny wiatr.
- Nieco zawrócimy, aby ominąć siedlisko smoków z zachodniej części góry. Potem dotrzemy na wyżynę Aen-Den. Stamtąd prosto do najbliższego miasta.
- To całkiem sensowne – mruknął bez przekonania Anathlon. – Niech będą góry. Może tam będę mógł spokojnie odpocząć.
Santor spojrzał na niego krzywo, przecząco pokręcił głową, lecz nic nie powiedział. Ruszyli dalej.
Przez kolejne godziny marszu w bezlitosnym słońcu przeszli prawie piętnaście kilometrów, lecz góry wciąż były tylko cienkim szarym pasmem na horyzoncie. Obaj towarzysze co jakiś czas stawali i wypijali kilka łyków wody, którą musieli oszczędzać. Podróż przez pustynne wzniesienia była męcząca sama w sobie nie mówiąc już o gorącym powietrzu i ciepłym wietrze, który wiał im w twarze. Nieznośny piasek dostawał się wszędzie. Mieli go w butach, za kołnierzami koszul, w ustach i drażnił im oczy.
W końcu nastał wieczór. Słońce schowało się za widnokręgiem dając nieco wytchnienia zmęczonym podróżnikom.
- Dalej nie ruszę się, jeśli nie odpocznę. – Jęknął elf siadając na ciepłym piasku. – Nie czuję nóg.
- Dobrze. Zatrzymamy się, ale wyruszymy przed świtem. Jutro powinniśmy dotrzeć do gór.

Kronikarka 28/05/2007 00:15:57 [Powrót] Przekaż, co sądzisz







| Moony by Marauders dla 12wrot |

menu

  1. Dwanaście Wrót
  2. Pozostaw u siebie klucz

księga gości

  1. Ksiega Gości
  2. Wpisz się do księgi

Mój profil

Mam 19 lat i piszę powieść fantasy "Dwanaście Wrót". Na tym blogu możecie przeczytać wciąż pisany przeze mnie pierwszy tom "Sojusz rodów".

mój avatar


moje skromne ja

archiwum

    2007 Maj

linki

ulubieni

Licznik odwiedzin

Zajrzało tutaj już 21519 osób


www.blog4u.pl